niedziela, 28 lutego 2010

"Zaginiony symbol" Dan Brown


Z Langdonem nie byłam ani w Rzymie ani w Paryżu. Jednak w ramach pracy domowej na Dyskusyjny Klub Książki pobiegałam sobie z nim po Waszyngtonie. Pobiegałam i dostałam zadyszki. Zwiedzanie stolicy USA w jeden dzień było wciągające,ale bardzo wyczerpujące, przewodnik narzucił mi zabójcze tempo, do tego stopnia,że przyjemność przerodziła się w pewnym momencie jedynie w wewnętrzny przymus dobrnięcia do końca.
Dan Brown bywał denerwujący jak Hubert Urbański, zdawało mi się,że każdy rozdział,a jest ich ponad 100, kończył się grającym na nerwach 'odpowiedź poznamy po przerwie'. Zapowiedź okazywała się picem na wodę, a autor w erudycyjnym wymiocie prezętuje nam fundamentalne mądrości, o tym,że mamy w sobie boskie pierwiastki. Oby się tym wszystkim nie zadławił, bo woda sodowa zaczyna mu uderzać do główy. Wiem,że autor to kreator,ale obdarowywanie bohaterów siedmioma kocimi życiami kiedy wszystki znaki na niebie i ziemi wskazują,że to już koniec, to pisanie scenariusza do jakiegoś komercyjnego serialu.

piątek, 26 lutego 2010

"Wychowanie dziewcząt w Czechach" Michal Viewegh


Fajnie, pomyślałam, może po przeczytaniu tej książki poszukam jakiejś wakacyjnej oferty pracy jako czeska fille au pair. Niestety, autorowi prawdopodobnie pomyliły się tytuły, bo na temat wychowychania dziewcząt za naszą południowo -zachodnią granicą dowiedziałam się tyle co nic.
Gdyby nie to,że książka była pożyczona, miałabym pewien kłopot ze znalezieniem jej miejsca w biblioteczce. Jak już wcześniej wspomniałam, między poradnikami bym jej nie umieściła, myślałam nad miejscówką obok 'Lolity', ale Nabokov prawdopodobnie przekręciłby się w grobie, dyplomatycznie położyłabym go obok rodaka - Hrabala,ale ostatecznie swoje miejsce znalazłaby pewnie w domowej filmotece. Bo ta książka to taki czeski film.

piątek, 12 lutego 2010

Adina Blady - Szwajger "I nic więcej nie pamiętam"


Wiem,że ludzka pamięć jest niedoskonała. Dlatego sposród wojennego zamętu, prochu ludzkich ciał oraz mgły niepewności towarzyszącej codzienności ludzi w okupowanej Warszawie, dokładnie zapamiętam jedną scenę: kiedy główna bohaterka szła ulicą niosąc bukiecik kwiatów,a jakieś żydowskie śmiertelnie głodne dziecko wyrwało go jej z ręki i zjadło. Tak, i to właśnie zapamiętam.
PS. Miałam wrażenie,że Pani Dr Blady - Szwajger upomina mnie tym samym tonem co Björk kiedy śpiewa "and if you complain once more you'll meet an army of me".

sobota, 6 lutego 2010

Orhan Pamuk 'Stambuł'


Ach, opalać twarz w promieniach stambulskiego słońca...Zanim przeczytałam 'Stambuł' Pamuka mogłabym pomyśleć, że tylko cień jednego z minaretów mógłby stanąć na drodze nabraniu przeze mnie kolorów. A teraz? Okazało się,że legendarna stolica cesarstwa bizantyńskiego jest spowita londyńską mgłą. Istambuslki Bosfor w odcieniach szarości i brudnego błękitu jest rzeką melancholii. Te opary znad rzeki wdychają mieszkańcy którzy później liczą statki z okien swoich domów, zamiast seansów filmowych oglądają spektakle ognia trawiącego stare budynki oraz z prędkością światła przekazują sobie informacje o katatrofach statków na rzece, gwałtach i prywatnym życiu osób publicznych.

wtorek, 19 stycznia 2010

Mam brzuszek pełen igliwia

Przychodzi taki czas kiedy mam brzuszek pełen igliwia i wtedy mój zmysł czytelniczy zasypia. Spowodowane jest to pewnie tym, że upiory Nauki lub X Muzy nie chcą grzecznie spać więc tym igliwiem doprawiają mi schabowe, ruskie i pomidrową. Po sesji mm nadzieję na płukanie żołądka.
PS.Zdarza mi się poczytywać co najwyżej 'Złotą legendę' czy 'Madame' Antoniego Libery.

poniedziałek, 30 listopada 2009

“Dziewczynka, która za bardzo lubiła zapałki” Gaétan Soucy


Podobno zjawy, upiory, potwory itd. itd. ukazują swą prawdziwą naturę w lustrze - np. jakaś piękna femme fatale okazuje się zgrzybiałą wiedźmą. I według mnie takim właśnie ciarkiem – koszmarkiem jest ta książka. Kiedy z biegiem wydarzeń zaczynałam przykładać do stronnic zwierciadełko, na wierzch, niczym oliwa, zaczynała wypływać jej prawdziwa natura.
Jednym z rekwizytów mojego dzieciństwa jest kula śnieżna – śliczny domek, dzieci w kolorowych szalikach i czapkach, świąteczna choinka. Ta opowieść jest trochę jak śnieżna kula właśnie, tylko zamiast tej pociesznej sceny jest jakieś brutalne przedstawienie. Ten koszmar pokryty jest białą otuliną. Tak piękne słowa, niemalże biblijny ton, przykrywa brudną treść. Brawo za złamanie zasady decorum.
Do głowy przychodzi mi jeszcze jedno porównanie. Jajko niespodzianka. Ryzykujesz jednak drogi czytelniku, bo niekoniecznie zastaniesz tam plastikowe cudeńko.

piątek, 20 listopada 2009

'Dom duchów' Isabel Allende


Piszę tę recenzję słuchając ‘Manifesto’ Victora Jara. Wyobrażam sobie człowieka który gra na gitarze bez trzech palców, zastanawiam się czy istnieje jakiś relikwiarz na trzy legendarne palce tego chilijskiego Jacka Kaczmarskiego. Tyle we mnie zostało z polityki zawartej w tej książce.

Muszę wspomnieć o najsłynniejszej powieści Marqueza. Było to najsmutniejsze sto lat samotności jakie przeżyłam. Dlaczego przedstawiciele literatury iberoamerykańskiej kondensują opowieści o pokoleniach i ograniczają je do 500 stron? Czas biegnie już dostatecznie szybko, nie trzeba go poganiać. Dlatego bałam się starcia z opowieścią Allende. Nie chciałam żeby autorka uświadamiała mi to, jak czas nieuchronnie przelewa mi się przez palce. Prosiłam w myślach: niech to pokolenie będzie ostatnie. Nie był to jednak wyraz mojej cnoty a prostej kalkulacji. Dzieliłam liczbę stron przez liczbę pokoleń. Taką donkiszoterię popełniałam przeciwko galopowi czasu miażdżącemu pokolenia rodziny Truebów.

Barwny kilim opowieści tkają w tej historii kobiety. Jednak niezbędnym dostawcą wszelkiego materiały jest tu mężczyzna. Słaba płeć utrzymuje wszystko w ryzach, w odpowiednich momentach wylewając na synów Adama kubeł zimnej wody. Isabel Allende ładnie wyeksponowała tę tkaninę. Zachęcam więc do rzucenia okiem.

piątek, 13 listopada 2009

Filmowe zaduszki


Tarnowskie Centrum Kultury jak tylko może to dba o tarnowskiego widza. Jeszcze w liceum chodziłam tu na wykłady dotyczące historii kina, prowadził je Pan Jerzy Armata. Z wykładów tych pamiętam jedną anegdotkę o niewolnicy Izaurze, niewygodne krzesła i mój pierwszy seans Casablanki.
Dzisiaj wybrałam się na zaduszki filmowe. Miałam ochotę na taki intymny seans. Coś mniej znanego, listopadowy wieczór, nastrojowe piwnice. Dwie świeczki na małym stoliku nieco z boku podkreślały pamięć o dwóch polskich aktorach - Janie Machulskim i Zbigniewie Zapasiewiczu.
'Samoobrona' to spektakl Teatru Telewizji.
Wszystko zaczęło się od nocnych hałasów na klatce pewnej kamienicy przy ul.Zesłańców Syberyjskich. Postawiły one na nogi dwa reprezentujące swoje pokolenia małżeństwa Wagnerów. Drzwi okazały się niewystarczającą ochroną przed światem zewnętrznym pełnym ciemnych charakterów. Do mieszkania wtargneli dwaj uzbrojeni mężczyźni. Choć szukali tu tylko chwilowego schronienia przed innymi bandziorami, ich uwagdze nie uszła młoda kobieta w skompej piżamce. W obronie swojej synowej stanął Wiktor, grany przez Jana Machulskiego, prawdziwy dżentelmen, któremu się jednak za to oberwało. Bohaterstwo ojca zawstydziło syna i męża (chociaż podobno był zwolennikiem innej metody obrony - bardziej biernej). Za punkt honoru wziął sobie zorganizowanie sprawnego mechanizmu samoochrony w kamienicy. Ten pomysł zakłuca jednak domowy porządek Wiktora. Pod pierzynką wojny z bandziorami, rozpoczyna się coś co można nazwać wojną dwóch pokoleń.

środa, 11 listopada 2009

'Wieczór' Susan Minot


Czytanie tej książki było dla mnie odkrywaniem nieupublicznionych wątków filmu. Kilka razy widziałam początkowe i końcowe napisy ‘Wieczoru’, teraz chciałam zaglądnąć za kulisy i poznać tę historię zanim nałożyła makijaż. Uważam, że adaptacja jest lepsza. Twórcy filmu przesiali wątki filmu przez sito z bardzo małymi otworami – pozostała sama esencja, która pozwala na większe rozkoszowanie się smakiem. Podkreślam, jest to adaptacja (nie ekranizacja). Ann (czyli główną bohaterkę) przez całe życie uwierało ‘gdybanie’, była jednak osobą która nie dzieliła się swoimi wątpliwościami ze światem. Na łożu śmierci podświadomość ciśnie jej na usta imię Harrisa. Przez kilka chwil pewnego lata, Ann miała w swoich dłoniach wszystko.

niedziela, 1 listopada 2009

'Dr Jekyll i Mr Hyde' R.L.Stevenson


Mój egzemplarz książki o człowieku o dwóch twarzach pochodzi z 1949 roku i ma zachęcającą okładkę. Do odkurzenia jej zachęciła mnie Zosik rzucając pytanie dotyczące halloweenowej lektury.
Wśród kanonu upiorów Mr Hyde ma ugruntowaną pozycję, więc jak sądzę przedstawiać go nie trzeba. Ta dziwna postać przemierzająca ulice w przymglonym świetle latarni, zmierzająca do dawnego budynku trupiarni jest esencją zła wydobytą z niepozornego doktor Jekylla. Doktor przeprowadza swe eksperymenty w laboratorium znajdującym się w starym domu chirurga. Pomieszczenia wypełnione są alchemicznymi naczyniami (w tym stara sala wykładowa)które są świadkami niezrozumiałych dla racjonalnego umysłu przemian. Jekyll jednak traci panowanie nad metamorfozami, Pan Hyde niczym mydło wyślizguje mu się z rąk i na wzór złego dżina niechcącego kornie powrócić do swojej lampy, umyka zamknięciu.