
Z Langdonem nie byłam ani w Rzymie ani w Paryżu. Jednak w ramach pracy domowej na Dyskusyjny Klub Książki pobiegałam sobie z nim po Waszyngtonie. Pobiegałam i dostałam zadyszki. Zwiedzanie stolicy USA w jeden dzień było wciągające,ale bardzo wyczerpujące, przewodnik narzucił mi zabójcze tempo, do tego stopnia,że przyjemność przerodziła się w pewnym momencie jedynie w wewnętrzny przymus dobrnięcia do końca.
Dan Brown bywał denerwujący jak Hubert Urbański, zdawało mi się,że każdy rozdział,a jest ich ponad 100, kończył się grającym na nerwach 'odpowiedź poznamy po przerwie'. Zapowiedź okazywała się picem na wodę, a autor w erudycyjnym wymiocie prezętuje nam fundamentalne mądrości, o tym,że mamy w sobie boskie pierwiastki. Oby się tym wszystkim nie zadławił, bo woda sodowa zaczyna mu uderzać do główy. Wiem,że autor to kreator,ale obdarowywanie bohaterów siedmioma kocimi życiami kiedy wszystki znaki na niebie i ziemi wskazują,że to już koniec, to pisanie scenariusza do jakiegoś komercyjnego serialu.







